Pochylone drzewo
Usiadł przy otwartym oknie. Powietrze wisiało nieruchomo, ciepłe, przesycone zapachem żywicy, który przypominał mu o czymś, co wydarzyło sie dawno temu. Nie umiał tego określić. Może chodziło o spacery z Walerią? Lub jego samotne wędrówki po lesie, kiedy zaszywał się w głuszy w poszukiwaniu odpowiedzi? Drobiny żółtego kurzu opadały miękko na parapet. Przesunął palcem po powierzchni, zostawiając ślad, jakby chciał zaznaczyc swoją obecność. Był środek maja. Sosny znów pyliły. Co roku to samo. Dyrekcja powtarzała, że bliskość parku wpływa kojąco na rezydentów. Kojąco- tak mówili, z tym biurowym spokojem, który przyzwala na obojętność wobec czyjegoś smutku. Jakby te sosny, świerki i modrzewie mogły ukoić ból, którego zaznawał każdego dnia i który nie pozwalał mu w nocy zasnąć. Ale nikt nie pytał go o niewidoczny ból. Pytano tylko o numer pesel i uczulenia. Pamiętał dokładnie, jak prowadzili Walerię korytarzem. Pokazywali altankę, ścieżkę w cieniu drzew. „Zielono tu, proszę pani, i cicho....