O wszystkim, póki jeszcze mam czas

Zostały mi dwa tygodnie. Za czternaście dni moje życie będzie wypełnione jeszcze większym niż dotychczas chaosem, hałasem, rutyną...
Zmieni się wszystko. Czuję się jak przed wyjątkowo ważnym egzaminem, od którego zależy moja przyszłość. Nie wiem, czy jestem gotowa, czy wszyscy jesteśmy gotowi... Od jakiegoś czasu jadę na oparach cierpliwości (nigdy nie miałam jej za dużo, a teraz na niekorzyść działają jeszcze ciążowe hormony i brak samodzielności spowodowany niedawną kontuzją). Czy będę w stanie wykrzesać z siebie wystarczającą ilość miłości i optymizmu dla moich cudownych chłopców? Zasługują na to, nawet jeśli doprowadzają mnie do szewskiej pasji kilka razy dziennie. 


Zawsze żałowałam, że nie jestem ciepłą, miłą osobą, która nigdy nie podnosi głosu. M. mówi, że moje dobre serce i życzliwe intencje niestety przykryte są kilkoma warstwami złośliwości (i to tej najgorszej, "w punkt", raniącej celnie i głęboko). Zwykłam nazywać to ironią czy nawet dziwnym poczuciem humoru, które ludzie mnie znający powinni rozumieć... Ale co jeśli jestem po prostu złośliwa? Ostatnio straciłam koleżankę, bo podzieliłam się z nią moją opinią na jej temat, która nie przypadła jej do gustu. To, co ja nazwałam szczerością, ona uznała za nieproszone wchodzenie z buciorami w nie swoje sprawy. Zapewne miała rację, zabrakło mi empatii, przecież każdą rzecz można powiedzieć na dwa różne sposoby. Choć irytuje mnie też, że nie mogę być... sobą, może dlatego lepiej rozmawia się z mężczyznami, prosto z mostu, bez owijania w bawełnę i stąpania po kruchym lodzie z przestrachem, że jedno nieopatrzne słowo mogłoby skruszyć taflę porozumienia. Mam inną koleżankę, która od lat walczy z dodatkowymi kilogramami, mniej lub bardziej skutecznie. Mam ochotę jej powiedzieć: "Ubierz się sexy, wyeksponuj biust, pokaż zgrabne nogi, duże też jest piękne, nie musisz się chować w workowatych giezłach!". Jednak nie powiem tego, bo wiem, że się obrazi. Pewnie dałoby się jakoś dyplomatycznie to załatwić...ale ja chcę mieć koleżanki i przyjaciół, przy których mogę być (wredną) sobą! Żeby można było się zabawnie i inteligentnie przekomarzać, i stroić żarciki, i czule dopiekać... 


Zdrowie najważniejsze... Ile razy tak myślimy, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo to jest prawda. Przekonałam się o tym osobiście, kiedy niedawna kontuzja kolana wykluczyła mnie z normalnego życia. Nie cierpię być zależna i słaba, udręką jest proszenie o pomoc w najdrobniejszych kwestiach. Zrozumiałam, jak musiał się czuć mój Tata w ostatnich latach życia, kiedy siedział unieruchomiony w wózku inwalidzkim. Zwłaszcza, że podzielał moje przekonanie, że "nikt nie zrobi tego lepiej niż ja sam". Dla niego już za późno, ale ja wciąż mogę walczyć- nauka odpuszczania perfekcji, delegowania zadań i wreszcie zaufania, że ktoś inny też sobie poradzi to będzie pierwszy krok do zwiększenia mojego osobistego szczęścia i harmonii. To niezwykle trudne, gdy ma się chorobliwą wręcz chęć sprawowania kontroli... Dzień, kiedy zrozumiem, że nie wszystko zależy ode mnie i da się z tym żyć- dzień triumfu M. (bo on mi to powtarza od dawna :)))



Będzie mi brakowało schodzenia do cichej piwnicy i skrobania tych moich, pożal się Boże, przemyśleń :)) 
Kiedyś wrócę...


 

Komentarze

Prześlij komentarz

Do przeczytania

Pochylone drzewo