Uśmiechnij się
U mnie- jeżeli coś mnie w końcu rozbawi- występuje raczej tzw. chichot wewnętrzny. Czasem ewentualnie pojawia się śmiech towarzyszący, gdy przebywam z osobami, których wybuchy wesołości zaraziłyby nawet nieboszczyka. Miałam kiedyś taką przyjaciółkę czy dwie, z cudownym, zaraźliwym, serdecznym śmiechem z głębi trzewi. Szczerze podziwiam. To jest sztuka, której niestety nie posiadłam. A może trzeba się z tym urodzić?
M. twierdzi, że jego życiową, jakże trudną misją jest wywołanie uśmiechu na mojej twarzy. Czasem mu się udaje, coraz częściej właściwie. Mówi, że jak na very serious person from cold communist country* idzie mi całkiem nieźle. Może jeszcze nadejdzie taki dzień, kiedy sama z siebie roześmieję się na głos. Nie traćmy nadziei.
*bardzo poważną osobę z zimnego komunistycznego kraju
Jako osoba której od dawien dawna wciąż powtarzano "Uśmiechnij się" w sytuacji gdy byłam bardzo radosna :D chyba wiem o czym mowa :) Dziś już raczej nikt tak do mnie nie mówi. Albo uśmiecham się częściej a nie tylko wewnętrznie :) albo otoczenie już się mnie "nauczyło" ;)
OdpowiedzUsuń