Mandarynki

Pachnę dziś mandarynkami; nie najgorszy zapach na zakończenie dnia, muszę przyznać. Dwie godziny obierałam wyjątkowo uparte owoce, by przerobić je na gęsty, obłędnie pomarańczowy dżem. Skóra moich palców przypomina suszone daktyle, taka jest pomarszczona od dwugodzinnej mandarynkowej, lepkiej kąpieli. Skrupulatnie oddzieliłam błonki od miąższu, jak zalecał przepis, dodałam wodę, sok z cytryny i dużo cukru. Gotuje się. Nie jestem gosposią, która wekuje, marynuje i smaży. Po prostu nie chciałam, by zmarnowało się dwa kilo zbyt kwaśnego szczęścia. Jakie to proste, zasypać cukrem i voilá! Już nie wykrzywia buzi, chyba, że do uśmiechu zadowolenia...
W tym miejscu miała wskoczyć puenta, że każdemu z nas przydałaby się wielka cukierniczka do zasypywania kwaśnych min i gorzkich momentów, do osładzania codziennych goryczy... Ale nic już na napiszę. Lecę, bo na górze w fotelu czeka na mnie moja cukiernica. No i muszę spróbować, czy dżem wyszedł....  

Komentarze

Prześlij komentarz

Do przeczytania

Pochylone drzewo