A sen nie nadchodzi (2)
Wiem, że wszyscy jesteśmy równi, a przynajmniej powinno się tak uważać.
Kiedy byłam mała, posiadałam jednak dziwaczny zwyczaj dzielenia ludzi na dwa rodzaje. Spokojnie, nie był to podział niepoprawny politycznie i nie odbywał się ze względu na rasę, dietę czy wierzenia. Według kilkuletniej mnie ludzkość składała się po prostu z kosmitów i reszty. Kiedy odkryłam istnienie tej fascynującej grupy, rozpoczęłam natychmiastowe poszukiwania. Właściwie chodziło o to, by wyłuskać kosmitów z tłumu. Byli oryginałami, więc nietrudno było ich zauważyć, mimo, że występowali w zdecydowanej mniejszości. Kim jest kosmita? Bardzo często ma odstające uszy lub inny fantazyjny "ubytek" na urodzie (śmieszne włosy, nieproporcjonalnie długie ramiona, krzywy uśmiech itp.). Może być outsiderem (ale magnetycznym, nie typu psychopata) lub wręcz przeciwnie- przyciąga innych swą bezpośredniością i ciekawą osobowością. Ma bogate zainteresowania, robi mnóstwo rzeczy. I widać promieniującą z jego twarzy serdeczność, widać, że jest troszkę dziwakiem, nie pasującym do reszty nie-kosmitów, ale to właśnie w jego towarzystwie chcesz spędzać czas i z nim bawisz się najlepiej. Znałam kiedyś całą rodzinkę kosmitów, och, jak bardzo chciałam być ich siostrą! To u nich w kuchni "lepiliśmy" razem trzymetrowego bałwana z trocin czy innego brudzącego wszystko materiału, wyobraźcie sobie wielkie kule "śnieżne" i ten bałagan na podłodze! Nie do pomyślenia w zwyczajnym domu... Migają mi czasem w sieci i widzę, że wciąż są nietuzinkowi- jak widać, z "kosmitowatości" się nie wyrasta...
Uważam, że Ziemia byłaby o niebo znośniejsza, gdyby kręciło się po niej więcej sympatycznych cudaków.
***
Czasem słabo robi mi się na myśl, że moje potomstwo będzie musiało przejść przez okres nastoletnich miłości. Cóż, trochę im też zazdroszczę... Przyspieszonego bicia serca, "przypadkowego" muskania szyi palcami, wszystkich powolnych tańców i nieśmiałych pierwszych pocałunków. Ale za nic w świecie nie chciałabym poczuć tej- mówiąc emfatycznie- otchłani rozpaczy, w którą prędzej czy później przyjdzie im się stoczyć. To nieuniknione. Takie są zasady gry zwanej zakochaniem. Raz na fali, raz na dnie. Chyba każdy z nas płakał w poduszkę, słuchając rzewnych love songów i rozpamiętując niedostępny już i jakże odległy dotyk ukochanego. Który zresztą miał być tym jedynym, na zawsze. I następny też, i następny... Za każdym razem ta sama pułapka stuprocentowego przeświadczenia. Naiwni ci nastolatkowie... Myślę, że wielu z nich- gdyby wiedziało, co ich czeka- dałoby się zahibernować. Obudziliby się po latach i czekałoby na nich uczucie tylko przejrzyste i nieskomplikowane. Nie... bzdura! Trzeba przejść przez to piekło rozczarowań, łez i operacji na otwartym sercu, żeby dojrzeć do mądrej, pełnej, trwałej miłości. A i tak nie mamy pewności, że ją otrzymamy...
Komentarze
Prześlij komentarz