Nigdy sama
To nie był mężczyzna dla niej, ale ona tego nie widziała. Cieszyła się, że nie jest sama. Tak jakby jedyną gwarancją szczęścia w życiu było posiadanie partnera. Drugiej połówki. A przecież nas nie jest "połowa", jesteśmy "całością", czy to nie wystarczy? Skąd przeświadczenie, że powinniśmy być z kimś, nigdy, broń Boże, samemu? Że ktoś nas musi dopełniać? Czy ja jestem kapeluszem i sukienką, że muszę być dobrana?
Ale nie wszyscy tak myślą. Ona nie lubiła samotności. Mogłaby mieć każdego, wciąż kusiła wiekiem i urodą. Wybrała źle, choć sądziła, że złapała Pana Boga za nogi. On powtarzał, że kocha, gotował wymyślne potrawy na romantyczne weekendowe kolacje w domu, przynosił bukiety róż jej rodzicom, zapewniając ich, jak cudowną wychowali córkę.
Po paru miesiącach zauważyła, że zdarza mu się podnieść głos. Do codziennego życia zaczęły wkradać się sprzeczki i niezrozumienie. Wciąż zakochana po uszy, nie zwracała uwagi na sygnały, które zaalarmowałyby uważniejszego obserwatora. Wybierał jej buty i dżinsy, które do tych butów pasowały. Wywoływał poczucie winy, mówiąc, że już prawie trzydziestka na karku, a jeszcze nie nauczyła się gotować. Tępił w zarodku najdelikatniejsze przejawy niezależności, wyśmiewając świeżo napisane CV, które miało pomóc w znalezieniu lepszej pracy. Ona w ramach samoobrony urządzała mu piekło zazdrości, bezustannie wypytując o prawie-byłą żonę (bo jeszcze nie zdążył się rozwieść).
Kiedy wyprowadziła się po raz pierwszy, wrzucił wszystkie pozostawione ubrania do wanny i zalał detergentem. Wróciła. Było spokojnie przez tydzień, potem oberwało się drzwiom kuchennym i szafce w przedpokoju. Kolejnego miesiąca roztrzaskało się radio, aż wreszcie któregoś dnia pięść dosięgnęła oka. Tłumaczyła sobie, że go sprowokowała, że oboje wypili o kieliszek za dużo, bo to akurat urodziny siostry wypadły. On się przestraszył, że może to piękne oko w fioletowej obwódce, przejrzy i dostrzeże, z kim ma do czynienia. Niepotrzebnie się martwił. Miłość przecież jest ślepa.
Postanowiła ratować swój związek w najgłupszy możliwy sposób. Twierdziła, że tego chcieli i oboje to planowali. Mawiają, że dziecko to spoiwo, które cementuje rodzinę. Ale czy cement wystarczy, by uchronić przed trzęsieniem ziemi?
Kim będzie ten bobas, mając za opiekunów tykającą bombę? Czy właśnie spłodzono nieudacznika życiowego, seryjnego mordercę, nerwusa, który będzie wyżywał się na swoich bliskich? W domach bez szacunku i miłości hodowane są demony towarzyszące nam przez całe życie.
Bardzo mocne...
OdpowiedzUsuń