Da Vinci mówię nie
Pamiętam, jak na studiach, na wykładach z historii kultury i sztuki, mieliśmy napisać referat na temat postaci, dzieła czy wydarzenia ze świata artystycznego, które wywarło na nas duże wrażenie. Opisać kogoś lub coś, co nas zachwyciło jako odbiorcę kultury/sztuki.
Wiecie, kogo opisałam? Leonarda da Vinci. Tylko dlatego, że jego bogaty życiorys i osiągnięcia wydały mi się takie... odpowiednie. Ten wybór na pewno zadowoli panią profesor, pomyślałam. Tak samo pomyślało czterdzieści inych osób. Za referat, który napisałam korzystając głównie z internetu i z którego nie zostało mi w głowie prawie nic, dostałam czwórkę i rozczarowane spojrzenie nauczyciela. Wtedy zrozumiałam. Ona oczekiwała, że podzielimy się z nią jakąś swoją pasją, choćby miała być najmniejsza i pozornie niepozorna. Dlaczego nie napisałam o twórczości Edwarda Stachury, którego wiersze w interpretacji Starego Dobrego Małżeństwa są ze mną od zawsze? Lub w ogóle o nurcie poezji śpiewanej, którą cenię bardzo? Albo o moim ulubionym pisarzu fantasy Andrzeju Sapkowskim? Łatwiej byłoby przelać te myśli na papier, bo towarzyszyłyby im prawdziwe emocje...nie, to co smętne przepisywanie z wikipedii.
To była jedna z pierwszych lekcji, kiedy pojęłam, że liczy się oryginalność. Nie pod publiczkę. Nie za stadem. Być sobą, nawet jeśli wydaje ci się, że jesteś dziwakiem. Teraz wiem, że to połowa sukcesu. Czy naprawdę chcesz być kimś, kto tylko powtarza po innych?
W życiu często jest jak w grze Tetris - klocki, które pasują do reszty...znikają.
OdpowiedzUsuń