Wszystkie miłości Veroniki Mae

To nie był przyjemny dzień. Wręcz przeciwnie, był to jeden z tych dni, które chce się przeżyć jak najszybciej i więcej do nich nie wracać. Dzień jak kartka z taniego, papierowego kalendarza, pomięta i wyrzucona do kosza, niewarta zapamiętania. Ostatnio zdarzały się one coraz częściej i Victoria mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy szala radości i smutków przypisanych światu jest wciąż wyrównana czy raczej przechyla się na niekorzyść tych pierwszych.

Spojrzała w górę i westchnęła z niepokojem. Ciężkie, zasnute sinymi chmurami niebo, zdawało się podzielać jej nastrój. Deszcz wisiał nad miastem już od kilku godzin, ale wciąż nie spadał, groził tylko pojedynczymi kroplami i pomrukami odległej burzy. Dziewczyna odruchowo skuliła się pod niewidzialnym naporem gęstej, namokłej masy. Byle zdążyć do szpitala, pomyślała w panice. Nie miała ze sobą parasolki, a wolała nie pokazywać się Seniorce zmoknięta jak pies. W jej głowie rozbrzmiały słowa, które słyszała setki razy: "Victorio, nie po to Bóg stworzył kobietę, by wyglądała jak siedem nieszczęść. Jesteśmy ozdobą świata, mamy błyszczeć i olśniewać. We wszechświecie nie ma nic piękniejszego niż kobieta. Pamiętaj o tym i na litość boską zrób coś ze sobą!". Rzęsista ulewa czy nawet mały huragan nie byłyby żadnym usprawiedliwieniem dla staruszki. Seniorka posiadała sprecyzowane poglądy na życie, z których nie musiała się już nikomu tłumaczyć, jeden z nielicznych przywilejów nobliwego wieku. Victoria uśmiechnęła się nieznacznie, przypominając sobie czasy, kiedy jeszcze mieszkały razem i niemal codziennie sprzeczały się na temat ubioru. W mniemaniu babci wyjście z domu bez pończoch równało się wyruszeniu na wojnę bez karabinu. Nie tolerowała spodni i załamywała ręce, kiedy Victoria chowała swoje zgrabne nogi w szerokich szarawarach. Zawsze wypielęgnowana, z wymodelowanymi brwiami i delikatnym francuskim manikiurem, otulona mgiełką nieco za słodkich perfum, mówiła cicho, ale stanowczo i zawsze z najgłębszym przekonaniem, jakby oznajmiała jedyną możliwą- według niej-prawdę. 
Podczas niedzielnych herbatek, na które Victoria przychodziła z ochotą, bo serwowano tam domowe konfitury, a od kiedy skończyła osiemnaście lat- także nalewki własnej roboty, starsza pani dystyngowanym tonem wygłaszała swoje niegroźne tyrady. Jej świat pełen był wdzięku, kruchych przedmiotów, woalek, kapeluszy, malutkich torebek, naszyjników z pereł i pierścionków. Kochała biżuterię, choć swą miłość wyrażała oszczędnie- zwykle nosiła tylko cieniutki łańcuszek z różnymi zawieszkami. Raz był to diamencik w cyrkoniach, raz skromna perła dyndająca w dekolcie niczym mleczny ząbek na nitce. Nie miała kolczyków, twierdziła, że za żadne skarby nie dałaby się dotknąć igłą, a klipsy uwierały ją niemiłosiernie. Woalki wkładała na śluby, a sznury pereł na wszystkie inne okazje. Reszta kosztowności spoczywała w wyłożonych czarnym aksamitem szufladkach starej komody, a Victoria, jako mała dziewczynka, uwielbiała się nimi bawić. Ba, nawet dziś trudno byłoby się oprzeć pokusie przymierzenia motylej broszki ze starego złota, narzucenia jedwabnego szalu i ukrycia wzroku pod rondem jednego z imponujących kapeluszy. Przebierała się tak nie raz, wyobrażając sobie, że jest perską księżniczką, przechadzającą się po pysznych ogrodach lub tajemniczą damą dworu, podkochującą się w paziu królowej. Ot, takie dziecinne głupoty, które dawno powinny wywietrzeć jej z głowy. W końcu była teraz poważną, świetnie zapowiadającą się laborantką na Uniwersytecie, a w przerwach między zajęciami pisała doktorat z mikrobiologii. Bywały dni, że nie wychylała nosa z oświetlonego niczym lunapark laboratorium, fascynował ją świat niedostępny zwykłemu człowiekowi, niewidoczny na pierwszy rzut oka, a przecież niezwykle istotny. Wirusy i drobnoustroje- dziwne hobby jak na córkę i wnuczkę primabaleriny, w rodzinie Victorii podziw dla młodej naukowczyni mieszał się jednak z odrobiną rozczarowania, jakby uważali, że zaprzepaszczana jest jakaś niebywała szansa na wybitne osiągnięcia artystyczne. "Zupełnie, jakbym miała być przyszłą Anną Pawłową"- myślała ze złością- "Nie każdy musi śpiewać i tańczyć, nawet jeśli potrafi!". Odbębniła lekcje baletu jako pięciolatka, ale nie sprawiło jej to przyjemności. Jakimś cudem wybłagała matkę, by przestała ją tam posyłać, w sumie nie było to aż takie trudne, bo roztańczona Virginia Mae koncentrowała się głównie na karierze. Pieczę nad Victorią sprawowała  Seniorka, która na szczęście nie wyglądała na zawiedzioną wyborami wnuczki, a nawet jeśli miała jakieś wątpliwości, to nigdy nie dawała jej tego odczuć.

Victoria swoją "nudną" pracę ceniła bardzo i traktowała jako odskocznię od szalonego dzieciństwa, które zafundowała jej matka. Potrzebny był jej sterylny ład i stabilizacja po latach wojażowania za rodzicielką. Wybrała biologię, choć- jako prymuska i laureatka narodowych olimpiad- mogła studiować właściwie wszystko. Zakładała, że zamiłowanie do nauk ścisłych odziedziczyła po ojcu. Nie wiedziała o nim wiele, tylko tyle, że złamał serce Virginii i niemal spowodował zakończenie jej kariery, zostawiając tancerkę samą z roczną córeczką. Wtedy do akcji wkroczyła Seniorka. Opiekowała się małą Victorią, kiedy tylko mogła towarzyszyła wnuczce w podróżach za matką, pokazywała jej świat, którego wiecznie skupiona na występach i rozczarowana brakiem zainteresowania tańcem ze strony córki Virginia nie była w stanie objaśnić. Po kilku latach wędrownego stylu życia, podążania za Virginią i udziału w niekończącym się tournee zbuntowały się obie i wróciły do Miasta, by Victoria, jako piekielnie zdolna uczennica,  mogła podjąć naukę stacjonarną w wymarzonej szkole. Seniorka była dla Victorii opoką, drzewem, zapuściła dla niej korzenie, choć przecież mogła cieszyć się jesienią życia w dowolnym zakątku globu- obyta w podróżach, znająca języki, światowa. "Trzeba wiedzieć, kiedy zatrzymać młyn"- odpowiadała enigmatycznie nastoletniej Victorii i zabierała ją na rurki z kremem. A każdy koniec roku szkolnego- kiedy wnuczka wracała obładowana książkami-prezentami za świetne wyniki w nauce- świętowały pieczeniem serduszkowych gofrów w starej żeliwnej maszynce. Smakowały wybornie, zostawiając cukrowego wąsika na twarzy, który śmiesznie kontrastował z przymierzanymi później kapeluszami i woalkami...

Nagły podmuch wiatru wyrwał dziewczynę z rozmyślań. Otuliła się szczelniej płaszczem i przyspieszyła kroku. Pogrążona we wspomnieniach nie zauważyła, że niebo nabrzmiało i zmieniło barwę z sinej na ciemnogranatową. Ulewa była kwestią kilku minut. Victoria prawie biegła przez pustawy szpitalny park, mając nadzieję, że baldachim żółtych liści ochroni ją przed zmoknięciem. 

Jej myśli galopowały w podobnym tempie. Przypominała sobie wszystko. Celebrowane ważne chwile, powtarzalność dni, nieśmiałe zwierzenia, wspólne oglądanie romantycznych tasiemców, niezliczone herbatki i długie ciche godziny, kiedy obie pogrążone były w lekturze, Victoria naukowej, a Seniorka rozrywkowej. Babcia stworzyła świat, którego wnuczka pragnęła i potrzebowała. Bezpieczną przystań, bez fleszy i hałasu. Miejsce, gdzie chciało się wracać. Nie mieszkały razem już od paru lat, ale Victoria odwiedzała Seniorkę przynajmniej raz w tygodniu, by przy kieliszku mocnej pigwówki rozcieńczanej lodem opowiedzieć o kolejnym udanym eksperymencie w pracy, pożalić się kolejną nieudaną randką czy po prostu posiedzieć na kanapie i dać sobie pomalować paznokcie.

A teraz ten bastion ciepła, spokoju i przewidywalności zaczął chwiać się w posadach. Poranny telefon ze szpitala, informujący o nagłym zasłabnięciu Seniorki i prawdopodobnym lekkim ataku serca, zastał Victorię w laboratorium partnerskiego Uniwersytetu, gdzie poproszono ją o konsultacje w sprawie pewnych arcyciekawych, objętych tajemnicą doświadczeń. Budynek znajdował się w sąsiednim mieście i Victoria po odebraniu wiadomości, z duszą na ramieniu popędziła do szpitala, łamiąc po drodze tuzin przepisów drogowych. Słusznie przewidując popołudniowe korki, postanowiła porzucić samochód kilka przecznic od centrum i resztę trasy pokonać pieszo. Kiedy spocona dotarła wreszcie do bezszelestnie rozsuwanych drzwi kliniki, za jej plecami rozpętało się piekło. Smagane wiatrem i hektolitrami wody gałęzie parkowych drzew gięły się ku ziemi, tworząc labirynt nie do przejścia. Victoria zerknęła przez ramię i momentalnie przeszedł ją dreszcz. Zupełnie, jakbym miała stąd już nie wyjść, przemknęło jej przez głowę. Migoczący czujnik ruchu wychwycił drgania i drzwi litościwie wpuściły dziewczynę do środka.

***

Szpital wyglądał na opuszczony, dziwne, teraz w sezonie grypowym powinno roić się tu od pokasłujących pacjentów. 
Victoria kluczyła po korytarzach, nie mogąc doprosić się informacji, gdzie dokładnie przebywa Seniorka. Wreszcie wślizgnęła się do jednego z pomieszczeń wskazanego niedbale przez salową o ziemistej cerze i zmęczonych oczach. Zdumiał ją nieco babciny wystrój pokoju- dziergane kilimy zdobiły jasne ściany, beżowo-brązowe pasiaste zasłony, oświetlone dodatkowo ciepłem nocnej lampki, odgradzały od jesiennego armageddonu za oknem. Na stoliku pysznił się bukiet fioletowych chryzantem, a obrazu dopełniały jakieś kiczowate cukierkowe reprodukcje wiszące u wezgłowia. Równie dobrze mogła być to przytulna mansarda wiejskiego zajazdu, a nie wnętrze największego szpitala w okolicy.
Od razu wiedziała, że dobrze trafiła, choć Seniorkę ledwie można było dostrzec spod zwojów szpitalnej pościeli. Chodziło o aurę- salę wypełniał niezwykły spokój, nie czuło się tutaj typowego temu przybytkowi zimnego powiewu śmierci, raczej delikatne westchnienie wieczności, która kołysze do snu i cierpliwie czeka na swoją kolej. Dla wnuczki taka właśnie była Seniorka, delikatna, cierpliwa i wieczna. Gdziekolwiek się pojawiała, "wygładzała powietrze", jak lubiła sobie wyobrażać Victoria. Do teraz sądziła także, że babcia jest nieśmiertelna, jednak cienkie, prawie niezauważalnie drgające linie na ekranie stojącego przy łóżku kardiografu zdawały się przeczyć tej śmiałej teorii. Spojrzała z niepokojem na urządzenie. Coś było nie tak na wykresie, coś jej nie pasowało w układzie drgań. Nie rozumiem, pomyślała, przysuwając twarz bliżej monitora, skąd się wzięła ta...

-Mówiłam, żeby nie przeszkadzali ci w pracy- dobiegł stłumiony głos spod kołdry, a zaskoczona Victoria omal nie krzyknęła z przestrachu- Czy to takie nadzwyczajne, że starszej pani czasem z wrażenia stanie serce?

Seniorka zwinnym ruchem wyprostowała się i próbowała zachować równowagę wśród poduszek. W jej oczach tliło się rozbawienie, wywołane grymasem wnuczki. Usta, jak zawsze delikatnie podkreślone kredką, wykrzywiły się w uśmiechu. Niewprawnego obserwatora być może zmyliłyby te wyraźne symptomy wesołości, ale Victoria znała Seniorkę jak własną kieszeń i potrafiła dostrzec detale, które inni często pomijali. Bledszą niż zwykle twarz, lekko drżące dłonie, a przede wszystkim niemal perfekcyjnie zamaskowany smutek kryjący się we wzroku babci. To ją najbardziej zaniepokoiło. Seniorka raczej nie należała do grona malkontentów. Dla niej trawa zawsze była zieleńsza, a szklanka w połowie pełna. 

- Nie sądziłam, że w twoim wieku jeszcze potrafi cię coś zaskoczyć- odparowała mimochodem i natychmiast pożałowała, że nie ugryzła się w język. Jak zwykle, w trudnych momentach lęk przykrywała brawurą.

Seniorka nie wyglądała na obrażoną.
 
- Umieramy, kiedy przestajemy się dziwić- westchnęła sentencjonalnie- A ja, zapewniam cię, moje dziecko, jeszcze nigdzie się nie wybieram. Sercowe anomalie zdarzają się i najlepszym, podobnie jak sercowe kłopoty... A propos, jak się miewa Eryk, jeśli dobrze pamiętam?

Przez ułamek sekundy Victoria wyczuła wahanie w głosie kobiety, jakby Seniorka chciała dopowiedzieć coś jeszcze, lecz w ostatniej chwili zmieniła zdanie.

-Babciu, nie będziemy teraz rozmawiać o mnie- oburzyła się wnuczka, lekko zażenowana faktem, że nie było już żadnego Eryka i Seniorka zdawała się wiedzieć o tym doskonale- Opowiedz mi, co się stało.

-Najwidoczniej nie miałam zamiaru po raz kolejny dać się ograć Dolores- puściła oczko babcia, a Victoria poczuła, że za chwilę rzuci o ścianę wazonem z chryzantemami. Chyba muszę po prostu porozmawiać z lekarzem, pomyślała, inaczej niczego się nie dowiem.

Dolores była sąsiadką z piętra niżej, z którą Seniorka spotykała się co środę na partyjkę remika. Jowialna i bezpośrednia wesoła wdówka szybko skradła serce rodziny Mae, Victoria też za nią przepadała. Po trzech małżeństwach została jej namiętność do gier karcianych i papierosów, których jednak nie odważała się zapalić w obecności Seniorki. Zwykle grały przez godzinę czy dwie, a potem sąsiadka wracała pędem do siebie, by móc się zaciągnąć zwycięskim dymkiem na balkonie.

- Dzięki Dolores jesteś jeszcze z nami, to ona zadzwoniła po pogotowie- wtrąciła z przekąsem Victoria, zerkając na fioletowy bukiet- Chyba jakieś kwiaty jej poślę. A swoją drogą, te chryzantemy skąd się tu wzięły?

- Tulipany lubi- nie zareagowała na pytanie Seniorka- I będziesz miała okazję podziękować osobiście, bo chciałabym, skoro już tu jesteś, żebyś przywiozła mi parę drobiazgów z mieszkania. Nie planuję długiego pobytu tutaj, ale kto wie, może wydam się im bardzo ciekawym przypadkiem medycznym i zatrzymają mnie na dodatkowej obserwacji- uśmiechnęła się filuternie, choć wrażliwe ucho Victorii wychwyciło coś dziwnego w tym stwierdzeniu. Znów smutek? Lęk?

- Nietypowym przypadkiem to ty już jesteś, babciu. Pierwszy raz widzę, żeby ktoś tak ostentacyjnie ignorował być może poważne zaburzenia. Przecież wiesz, że z sercem nie ma żartów. 

Seniorka spojrzała na nią uważnie. 

- Och, wiem o tym najlepiej. I zacznę się martwić, kiedy przyjdzie czas na martwienie. A na razie chciałabym dobrze wyglądać, jeśli na obchód znów przyjdzie ten przystojny zastępca ordynatora. Nie przewracaj oczami, wnuczko. W moim wieku trzeba łapać wszystkie możliwe chwile szczęścia, bo są ulotne jak motyle i równie krótko trwają. Zresztą, każdemu przydałaby się taka filozofia- mruknęła pod nosem.
-Tak właściwie- dodała po chwili z udawanym żalem -to sympatyczny pan doktor jest dla mnie ciut za młody, ale jak chcesz, mogę się do niego uśmiechnąć w twoim imieniu. 

- Nie trzeba babciu, jak tylko nadarzy się okazja, uśmiechnę się do niego sama, dziekując za opiekę nad wyjątkowo trudną i upartą pacjentką- Victoria przysiadła na krześle obok łóżka i wyciągnęła notatnik z torebki.- Czego potrzebujesz z domu, żeby zauroczyć resztę szpitalnego personelu? 

Seniorka zachichotała jak mała dziewczynka.

- Nieskromnie myślę, że personel już jest pod wrażeniem, haha!  To bardziej dla mnie... Ponoć pozytywne nastawienie jest kluczem do wyzdrowienia, a mnie od pomalowanych rzęs od razu poprawia się samopoczucie- mrugnęła- Przywieź proszę srebrną kosmetyczkę, jest pod lustrem, piżamę, ale tę na wyjazdy, nie domową. Szlafrok, pantofle i bordową apaszkę, bo mnie zaziębi ten przeciąg, a na nudę, choć nie przewiduję, poproszę książkę i sudoku z fotela.

Victoria podniosła się z krzesła i spojrzała ciepło na Seniorkę.

- Zapisane. Jeszcze dziś wieczorem będę tu z powrotem. Cieszę się, że humor ci dopisuje- "choć nie omieszkam porozmawiać z twoim lekarzem" dodała w myślach. Podeszła bliżej i delikatnie objęła kobietę, wdychając jej konwaliowe perfumy- Przekażę Dolores wieści, na pewno umiera z niepokoju. 

- Dziękuję, Victorio. Jak znam naszą Dolores, pewnie zaalarmowała już połowę kamienicy o moim niefortunnym poranku, a teraz z nerwów wypala trzecią paczkę papierosów. Pociesz ją, że planuję się odegrać, już obmyślam karciane strategie na kolejne spotkanie.

Victoria kiwnęła głową z uśmiechem i skierowała się ku drzwiom.

- Pocieszę! Pędzę, babciu, ale wrócę jak najszybciej. A ty odpoczywaj i zdrowiej, bo przecież jesteśmy umówione na sobotnie pogaduszki i mam nadzieję, że spotkamy się u ciebie na kanapie, a nie tutaj... Tutaj nie serwują nalewek- wyszeptała z żartobliwą powagą.

Dochodziła już do wyjścia, kiedy dobiegł ją cichy głos Seniorki.    

- Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej wnuczki. Wiem, co siedzi w twojej głowie, ale proszę cię, nie martw się na zapas, bo przecież wszystko się w końcu ułoży. A jeśli się nie ułożyło, to znaczy, że to jeszcze nie koniec. 

- Kocham twoje maksymy, babciu. I ciebie też- powiedziała Victoria i nacisnęła klamkę. Stanęła w holu i przez chwilę próbowała opanować nagłe łzawienie oczu. Łatwo się wzruszała, choć nie lubiła tego okazywać. A już na pewno nie zamierzała rozklejać się przy Seniorce.

Ruszyła pospiesznie korytarzem, bezskutecznie próbując wyprzeć z głowy natrętną myśl, że ta rozmowa brzmiała zupełnie jak pożegnanie.

***

Stara kamienica, w której mieszkała Seniorka, mogłaby z powodzeniem służyć za dekorację ckliwego filmu o miłości, gdzie, po wielu perypetiach, w scenie finałowej główna para bohaterów całuje się zapamiętale w deszczu na schodach. Bogato zdobiona, odmalowana na jasnoróżowo fasada, od zawsze kojarzyła się Victorii z lukrowanym weselnym tortem, stworzonym przez cukiernika z rozbuchaną barokową wyobraźnią. Niewiele ostało się takich budynków w Mieście, które stawiało na nowoczesność i minimalizm. Jednak, mimo delikatnego uszczerbku na poczuciu estetyki, jakiego doznawała każdym razem, widząc pudrową elewację, w głębi ducha cieszyła się, że kamienicy nie wyburzono, stawiając w zamian bezduszne stalowe wieżowce. Lubię mieszkać w słodkim ciastku, nawet, jeśli od czasu do czasu mdli mnie od tej słodyczy, usłyszała kiedyś od Seniorki. Od tamtej pory w myślach nazywała kamienicę babci bajaderką- zlepek nie współgrających ze sobą dziwnych ornamentów, motywów roślinnych i rzeźbionych okuć. Nazwa pasowała jak ulał również do jej mieszkańców- każdy wydawał się z innej bajki. Victoria, rzecz jasna, nie znała wszystkich osobiście, ale od czego ma się dociekliwą Dolores? Mąż pani Frey znów wypłynął, a ona usycha z tęsknoty bidulka, jeśli pytacie mnie o zdanie, długo to nie potrwa, zrozumiałby wreszcie ten marynarzyna, gdzie jego miejsce! Z mieszkania na drugim piętrze dochodzą dziwne odgłosy, gdybyście spytali, co o tym sądzę, powiem- duch starego Grimuara domaga się uwagi, pewnie chodzi o jakieś dawne rodzinne porachunki. Natalie spod czwórki spotyka się potajemnie z młodym cyrkowcem, jeśli mam być szczera-nie mają przyszłości, ale miłości nikt im nie zabroni -szeptała przejęta rozbawionej Victorii, która traktowała rewelacje wdówki jako swoisty przegląd kronik towarzyskich i urozmaicenie laboratoryjnej codzienności. Seniorka przysłuchiwała się tym rozmowom (czy raczej monologom sąsiadki) z lekkim półuśmiechem, ale wnuczka dokładnie wyczuwała jej dezaprobatę (Victorio, damom nie przystoi plotkować). "Gdybyście zapytały MNIE o zdanie, pora na podwieczorek"- przerywała, zanim Dolores rozkręcała się na dobre. I stawiała na stole paterę pełną maślanych ciasteczek z marmoladą, które skutecznie zapychały rozgadane buzie.    



CDN...












Komentarze

Do przeczytania

Pochylone drzewo