Wszystkiego co najważniejsze nauczyłem się w przedszkolu
Gdyby ktoś spytał Mikela, kto jest jego absolutnie najulubieńszą osobą na świecie, bez wahania wymieniłby Annę Darn. Kochał się w niej na zabój od wtorku, od momentu, kiedy zobaczył ją siedzącą na ławce i pochlipującą żałośnie po stracie kolorowego latawca porwanego przez wiatr.
Złota, zbyt długa grzywka opadała jej na twarz, ale ostre podmuchy co rusz rozsuwały tę delikatną zasłonę, ukazując zgrabny nosek, modelowo wycięte usta i wielkie zielone oczy, błyszczące teraz od łez. Mikela zamurowało. Nie zdarzyło mu się jeszcze obcować z takim pięknem. Natychmiast podbiegł do niej, by oddać jej swoją zabawkę. Trochę było mu wstyd, bo jego latawiec został sklecony wczoraj na kolanie, nie posiadał nawet fantazyjnego ogona i właściwie ledwo się utrzymywał na sznurku. Ale Anna z wdzięcznością przyjęła prezent, a jej szmaragdowe spojrzenie powiedziało "Dziękuję". Bez słów! Właśnie wtedy postanowił, że się z nią ożeni. Wielkie emocje targały nim od tamtego popołudnia, ale nie wiedział o nich nikt, bo nikt nie pyta, czy się zakochałeś, kiedy dopiero skończyłeś pięć lat i jesteś przedszkolakiem...
***
Za oknem było jeszcze ciemno, ale, choć to początek października, to w powietrzu, nawet o tej porze dnia, czuło się ciepło - to ta jasna strona efektu cieplarnianego. Anna bez zapalania światła poruszała się po mieszkaniu. Nie musiała tak wcześnie wstawać. Po prostu nie mogła już spać. Zresztą już od paru lat miała problemy ze snem. Wszyscy kładli to na karb zmian pogodowych bo wielu osobom dokuczała podobna przypadłość, ale Anna wiedziała, że to nie to...albo nie tylko to, przede wszystkim nie to.
Sięgnęła do szafki i wyciągnęła z niej kilka herbatników. Jednego zaczęła jeść a pozostałe położyła na stole. Szelest folii opakowania i dźwięk drzwiczek szafki zwabiły kota. Pojawił się jak zwykle... nie wiadomo kiedy i którędy wszedł do kuchni - fraza "pojawił się" była w tym przypadku dosłowna. Ciemnoszara krótka sierść z lekko brązowymi pręgami tworzącymi pobudzające wyobraźnię wzory była ledwie widoczna w mroku, jaki wciąż panował w kuchni. Kot zajrzał do miski, potem proszącym wzrokiem z nutką wyrzutu spojrzał na Annę. On też miał ochotę coś przekąsić z rana. Anna nie pozwoliła mu długo czekać. Dostał świeżą porcję swoich suchych chrupek. Przekąsił trochę i zniknął tak samo jak się pojawił... jednak nie, po prostu bezszelestnie i niezauważenie przeniósł się na parapet, skąd mógł obserwować to, co działo się w kuchni jak i to, co było za oknem, aczkolwiek niewiele się tam teraz działo.
W kuchni Anna przegryzając drugiego herbatnika sięgnęła po torebkę z kawą, potem po młynek. Do czajnika nalała wody i włączyła na gotowanie. Po chwili dało się słyszeć szum. Do młynka wsypała kawę, tak "na oko", robiła to już tak wiele razy, że nie musiała odmierzać. Trzeci herbatnik. Zaczęła kręcić korbą młynka. Słychać było chrzęst trzaskających ziaren. Kot ze znudzoną miną i lekko przymkniętymi oczami przyglądał się każdemu obrotowi korby. Zagotowana woda trafia do pojemnika, na nim ląduje lejkowate sitko, do sitka Anna z pietyzmem wsypuje zmieloną drobno kawę. Skręca całe urządzenie i stawia na kuchence. Pokrętło na maks i czwarty herbatnik. Kot odwrócił głowę i być może próbuje dostrzec coś ciekawego za oknem a może po prostu śpi. Kawa zaczyna bulgotać. Anna wyjmuje z szafki prostą filiżankę, która właściwie mogłaby równie dobrze być nazwana małym kubkiem, nie kończąc czwartego herbatnika bierze kęs piątego, wyłącza palnik pod kawą i napełnia filiżankę. Kawa jest gorąca, wypełnia aromatem całą kuchnię i sprawia, że kot odwraca łeb w kierunku pomieszczenia. Ma mocno zmrużone oczy, ale widać, że obserwuje.
Kawa stygnie. Za oknem widać, jak poziome czerwone pręgi wcinają się w ciemnofioletowy horyzont, jak głownie mieczy wyjęte z kowalskiego pieca. Automatycznie włącza się radio. Anna zmniejsza głośność i zmienia kanał - trafia na sam początek "Jesieni" Vivaldiego. Bierze ostatni kęs herbatnika i sięga do kieszeni. Wyjmuje z niej kawałek sznurka, w który sprytnie wplecione są kolorowe kokardki, kolorowe kiedyś, a dzisiaj już mocno wypłowiałe. To kawałek ogona od latawca. Brakującego ogona. Pierwsza rzecz jaką zrobili razem z Mikelem. Kawa ostygła. Już nie parzy, ale jest przyjemnie ciepła, aromatyczna i pieści bogactwem smaku. Czerwone miecze znikają, teraz stały się waniliowym tłem dla fioletowych sztyletów, które też powoli zanikają. Budzi się kolejny słoneczny dzień. W kalendarzu i w radiu jesień, ale za oknem wciąż jeszcze lato.
Cdn...(Pisane na zmianę z Sebastianem D.)
Komentarze
Prześlij komentarz